Kalina Jaglarz

Człowiek wydziela katastrofę       
E. Cioran

Profesor Jan Popczyk mówił – na horyzoncie widać społeczeństwo wiedzy. Społeczeństwo myśli i sprzeciwu wobec korporacyjnej rupieciarni. W tym kryzysie zaufania do korporacji jest nasza nadzieja.
Być może w buncie i w „dobrej energii” jaką prof. Jan Popczyk wyczuł tego ciepłego wieczoru, pełnego trzasków i nawoływań miasta, powyginanych torów i mgiełki legend z nad Rawy, kiedy zasiedliśmy wspólnie, w rozmowie o potrzebach, kiełkuje ziarenko utraconego azymutu. Brzmi to jak traktat o kamieniu filozoficznym, alchemiczna próba odnalezienia złotego środka, który będzie energetycznym domem w czasach wzmożonych potrzeb.

A może wszystko opadnie, zgaśnie, pozostanie naftówka nasączona po raz ostatni, knot nabrzmiały i śliski na krańcu stołu, a w końcu wiatr i ciemność jak w ostatnich  kadrach „Konia turyńskiego”?

Myślę o drobnym obiegu energii. Interesuje mnie mikrologia ciepła. Widzę węgiel w dłoni i widzę żagiew.
Skok żaby u podnóża hałdy w skromnym grzęzawisku, kiedy ugina śliskie nogi, napina cienką skórkę, węzły ścięgien, żagle kolan… Jaka to energia? Pociągnięcie dłutkiem po kamieniu? Wbicie kilofa w ścianę. Bieg konia po błoniach albo poranne jego zaprzęgnięcie i droga.  Mrugnięcie. Chwila.

Do piwnicy sypie się węgiel. Wieczorami krąży się w swoim cieple. Ciemne od pyłu ręce na stole, ogień pod blachą pieca, ściszone oddechy. Reminiscencja dnia – mocne worki, liny, zamknięty szyb, biedaszyb. Potem zejście, wyłupywanie, ciasnota, podciąganie, pot i brud, szpara światła, jakiś gwizd wiatru, w górę, w górę…
Między hałdą a domem – horyzont zimy, czarne koraliki konduktu, jak smuga ciepła na migotliwej darni śniegu. Sól ziemi.

Chorzów, rok 1896,  pierwsza elektrownia węglowa. Czy ktoś zarejestrował ten dzień? To był maj. Może obrazek jak z filmu braci Lumiere? Otwarcie bram, przejście ludności, tłumy, powóz z koniem przeciska się między szpalerami ramion.
Jest duszno, wielki pośpiech.
Pomorze, rok 2013, Elektrownia Północ: „Elektrownia Północ nie jest rozwiązaniem dla Pomorza i nie jest rozwiązaniem dla Polski”, „prezentowanie wielkiej elektrowni węglowej jako dobrej opcji dla lokalnej społeczności to wielka manipulacja”[1].

Kołowrót ustawia się na samej górze, u wlotu szybu. Potem winduje się węgiel w kubłach do góry kręcąc korbą. Napełnione kubły przesypuje się do worków i niesie do źródeł.
Rozprowadza się go lokalnie, po niższych cenach. Trafia do pieców, do mikro-elektrowni domowych.

Okno domu otwarte na przestrzeń hałd i kominów jest horyzontem samopoznania, okolica pochyla się sama w siebie by rozpoznać wszystkie swoje twarze. Zagląda w okna.  Z jednej strony okno na miasto, na podwórko, z drugiej okno na hałdy. Gdy przespacerujemy się ku oknu frontowemu, oknu na podwórko, wyglądając widzimy pochylonego chłopca, konia u wozu z kupą węgla w zagłębieniu drewnianej fury, gdy spojrzymy przed siebie, w oknie naprzeciw nas, ujrzymy kobietę. O czym myśli człowiek pochylony nad igrającym owadem, żabą, kamieniem? O czym kobieta wyglądająca na ulice z framug okiennych, wiodąca wzrokiem od dziecięcych kolan po końskie pęciny skraplające się węglem.  Migotliwe kawałki brudu, płaczliwość śląskich przedmieść. Nad czym zastanawia się dziecko pochylone nad zabitym ptakiem, o czym myślą ci którzy w drodze, ci co napędzają kołowrót, ci co tęsknią za spisaną myślą i w kółko drążą jej źródło by zapomnieć w progu atramentu o przyczynie. Czym jest zamyślenie psa w pochmurne popołudnia, i zapatrzenie się nasze, na mgły migrujących ptaków. Ot – lokalna melancholia śląskiego podwórka, w którym gromadzi się rupieć nieposkładanej nędzy.

Drogi zamkniętych kopalń, biedaszybików, elektrowni węglowych splatają się. Być może rozwiązanie tkwi w pomyśle prof. Popczyka? Środkiem, który miałby zaradzić brakowi energii, byłaby nie wielka elektrownia ale „energetyka prosumencka” – „małe źródła odnawialne, budowane przez prosumentów” – lokalne wytwarzanie odnawialnej energii i realne miejsca pracy?
Co ze Śląskiem w dobie zmiany języka energetyki? Czy odnajdzie się w jej odnawialnym obiegu? Czy przyjdzie czas pożegnań z tradycją węgla i wędrówki w głąb ziemi? Niechybnie… węgiel kończy się. I cóż kiedy pozostanie wiatr i ciemność? Ogniowe majaki kopalń to wspomnienie mężczyzny, który będąc chłopcem obserwował je sennie, wracając nocą tramwajem do domu.
Teraz w dawnych miejskich stajniach założono warsztaty samochodowe. Wytwarzana energia zmienia swoje źródła. Jaka jest droga powrotna? Koń, woźnica i wózek. Jak wiele zmieniło się w wyobraźni, jak wiele w przestrzeni. Kiedyś droga z pola, droga nocą, była drogą pełną imaginacyjnych odblasków. Do dziś czytamy o nadprzyrodzonym świecie śląskich przestrzeni w podaniach zebranych przez folkloroznawców. Czytamy, jak u Symonides o „ przejeżdżających nocą bryczkach, o lecących psach z ognistymi ślepiami, o postaciach małych i dużych, o beczkach spadających z nieba, o dziwnych zwierzętach, które wyglądają jak domowe, ale nimi nie są, o jękach, nawoływaniach, dziwnym wietrze, poruszających się drzewach, spadających na wóz lub plecy małych ciężarach, a wszystko to czyni znajomy, własny obraz wsi i okolicy nagle obcym, nadaje mu inny transcendentalny wymiar”
Kiedy mówię o miejscu, znikło już na dobre. Pokurczyły się wiejskie opłotki śląska, skurczył się krajobraz i horyzont wyobrażeń. Przestrzeń wymieniła swoje imiona, już nie nosi imion tych wyobrażeń dawnych. Nasze wnętrza nie wzburzają się przyzwoleniem na nadprzyrodzony horror. Tkliwie pielęgnujemy w sobie animal rationale. Nie ma powrotu do tego co było. Stracone miejsca nawarstwiają się w naszych wnętrzach, łaskoczą nas i powtarzamy za Cioranem „ Żałuję czegoś co umarło we mnie i ze mnie”.

Dawny Śląsk jest „nie na miejscu” w perspektywie współczesnych przemian gospodarczych i energetycznych. Czy jego stare imię pozostanie, jak na porcelanowym zdjęciu, wypalone w procesie wytwarzania energii? Czy musimy zgodzić się na śmierć tradycji, na śmierć czegoś w nas i z nas i wejść w ekologiczny paradygmat?



[1] Energetyka prosumencka to przyszłość, wywiad z prof. J. Popczykiem, ”Dzikie Życie” nr 4/226.