Kalina Jaglarz

Kiedy mówię o miejscu, znikło już na dobre
R. Queneau

Aleksander Nawarecki w szkicu Moczka. Z fenomenologii śląskiego ducha[1] pisał o familokach: „te czerwone domki z ałsgusem na półpiętrze, haźlem na placu i przyległymi chlywikami okazały się dziwnie fotogeniczne, a nawet mityczne, tak, że zawładnęły zbiorową wyobraźnią, jakby w nich rzeczywiście mieszkała ważna cząstka śląskiego ducha.”
Wciąż doświadczamy siebie w miejscu, siebie w przestrzeni, dojmujące są te chwile żalu za utraconym budownictwem, za tym co już poza nami, doświadczamy siebie „w miejskiej przestrzeni zaznaczonej kamienicami, familokami, kościołami, gmachami użyteczności publicznej, obiektami industrialnymi, urzędami, kinami, teatrami, rynkami, placami, ulicami”[2] – pisze Aleksandra Kunce. Jesteśmy zewsząd otoczeni płynną materią architektury, która zmienia się, wpada w ruinę, znika, dzień za dniem, przekształca się miejsce naszego życia. Familoki najbliższego otoczenia zatracone, pozostają tylko wspomnieniem dawnego układu cegieł, jakiejś folklorystycznej przekładanki górniczej pieśni o pracy i miłości, cząstki śląskiego ducha. Teraz przyszła pora na szklane domy. „Cuda” architektury nowoczesnych umysłów, które szczelnie przetrzymują nas w swoich wnętrzach i obalają rytuały codzienności jednym guzikiem.
Dom, dom wiejski, chata otulona kołdrą kruszejącej latami gliny, dom po szyję zanurzony w trawach, dom prowincji, jak u Bruno Schulza, z amfiladą pomieszczeń, z ogłuszoną, spowolnioną, duszną przestrzenią, w której znika ojciec Jakub. Dom – Świat, wielki symboliczny dom jak w ludowych tradycjach, wypełniony koncentrycznymi kręgami aż po granice wsi, z progiem, na którym siadali nasi dziadkowie. Dom – centrum kosmosu, po którego sklepieniu pędzą zwierzęta, planety, tęczują ptaki, do którego nieśmiało wyciągaliśmy ręce, drocząc się z własnym cieniem. Dom z piecem, z pierzyną na piecu, ze stłoczonymi przy nim ludźmi i bydłem, obsypanym pierzem śniegu.
Mieszkania, szeregi bloków, trudnych labiryntów, guziki świateł w tej windzie …dokąd? Patrzymy zawstydzeni naszymi wyobrażeniami o wydarzeniach tych wszystkich pomieszczeń, ścian, zasłoniętych okien. Dzięki dr Grygierczykowi, który odwiedził nas w jeden z ostatnich marcowych wieczorów, kiedy w zamarzniętych oknach zimy odbił się płomień wiosny, pojawiło się w mojej głowie pytanie – jak zamieszkiwać, żeby nie szkodzić sąsiadowi najbliższemu -przyrodzie? Jak świadomie mieszkać w naszych domach. Nie panoszyć się bestialsko, tłamsząc obszary pól, lasów, rozlewisk. Uszanować Ziemię z całym jej inwentarzem i nie modyfikować pod fundamenty naszych mieszkań. Rozlokować się w krajobrazie, wtopić się weń, jak najciszej. Nie jest to projekt zrzucenia ubrań i przyodziania się w figowy listek, usypywania poduszki z igliwia i mchu, chuchania w ręce. Powrót do natury jest niemożliwy, mówił o tym J. G. Pawlikowski[3]. Ale dzięki naszej kulturze, wzrastającej świadomości, możemy mieszkać mądrze, budować świadomie, wcielać w życie idee Domu Naturalnego, tak, hołduję domom z gliny[4].
Jednak znajduje swoje miejsce i wykorzystanie inna alternatywa, może mniej w moim odczuciu atrakcyjna, ale prawdopodobna bardziej, niż to, że większość z nas zdecyduje się na ulepienie swojego dom. Dr Grygierczyk pokazał, że można zmodyfikować budownictwo, wielkomiejskie budynki mogą być energooszczędne. W Parku Naukowo Technologicznym Euro-Centrum w Katowicach-Ligocie, jako jednym z głównych inicjatorów energooszczędnego budownictwa w Polsce, powstają  projekty, budowane są kolejne pasywne domy. Wystarczy wgłębić się w zasady ich funkcjonowania, obiegu energii, wykorzystywania źródeł energii odnawialnych, które tkwią w wodzie, wietrze, słońcu, spalaniu biomasy. Budować i myśleć. O przyszłości. Jeśli wielkie firmy budowlane, koncerny, i drobni mieszkający podejmą to wyzwanie… cóż, będziemy na dobrej drodze do racjonalnego korzystania  z ziemskich zasobów, już nawet nie chodzi o dogonienie Unijnych wymogów, priorytetem dla nas powinno być szerokie i procesualne spojrzenie na wciąż degradowaną Ziemię. Czy możemy w takim układzie zgodzić się ze słowami Miłosza sprzed wielu lat, które zapisał w swojej Lekcji biologii?: „(…) ruch, który nas unosi, jest tyleż niszczący, co przygotowujący środki przeciw zniszczeniu. Na próżno byśmy marzyli o ziemi, skąd wygnana została nauka i technika. Wręcz przeciwnie, tylko dalszy rozwój nauki i techniki może zapobiec zanieczyszczeniu środowiska naturalnego i uchronić od głodu mieszkańców planety.” Pewnie tak… z okopów miast nie wydostaniemy się tak łatwo, oby tylko ten szał energooszczędnego budownictwa nie spowodował, że miasta rozrosną się do niewyobrażalnych rozmiarów, a domy i wielopiętrowe wieżowce zastąpią każdą zieloną szczelinę. Można mieć jednak nadzieję, którą miał Miłosz: „(…) są znaki, które pozwalają spodziewać się gruntownej przemiany u samego źródła, to znaczy, że cywilizacja techniczna zacznie patrzeć na rzeczywistość jak na lustrzany labirynt, nie mniej magiczny niż ten, jaki widzieli alchemicy i poeci.”[5] Będzie to niewątpliwie zwycięstwo dzieci przykucniętych w naukowcach, architektach, technologach, wynalazcach, pochylonych nad atlasami przyrodniczymi, pierwszymi książkami o zwierzętach, nad Księgą Puszczy „zbyt długo tresowanych przez dorosłych”.

Zimne i nieprzyjazne przestrzenie formującej się i zmiennej materii architektury miejskiej, szklane i plastikowe powłoki tak przecież odległe naszym ciałom, i dawnym pojęciom estetyki.

Zaniedbane kamienice, familoki, zabudowywane skwery, niskie drewniane chaty, które pustoszeją, zapadają się w siebie. Czy są nie do odratowania?

A może, jak we wsiach Syberii, pozostawimy nie zamknięte na klucz drzwi, żeby zmarznięci wędrowcy mogli ogrzać się przy piecu i ruszyć w dalszą drogę? To oczywiście symboliczna idea… Jakaś uwertura do glinianych dzielnic obdarzonych cząstką organicznego ducha, które kiedyś zawładną naszą zbiorową wyobraźnią, jak familoki, które noszą w sobie wspomnienie palonej gliny, ziemi i rytuału.

 



[1] A. Nawarecki: Moczka. Z fenomenologii śląskiego ducha; „Anthropos?” 2008, nr 10 – 11; (http://www.anthropos.us.edu.pl/anthropos6/texty/nawarecki.htm)

[2] A. Kunce: Myśleć Śląsk, Katowice 2007.

[3] J. G. Pawlikowski: Kultura a natura. Łódź 2010.

[4] Wybudowanie domu z gliny jest mniej kosztowne niż dotychczasowe tradycyjne budownictwo składające się na kompilację duszących i pleśniejących syntetyków. Poza tym, jak w czasach dzieciństwa, i piaskowych marzeń, możemy zbudować go sami, z pomocą rodziny, znajomych, lokalnej społeczności. Czy jest coś wspanialszego niż postawienie własnymi rękami domu, w którym będziemy mieszkać? Na pewno wymaga to większego poświęcenia, samozaparcia, uczucia i czasu. Ocieplenie takiego domu również nie jest tak kosztowne jak ogrzanie styropianowo– żelaznej klatki, w którą zwykle na co dzień zamykamy się po pracy: „dzięki dużej bezwładności cieplnej dom jest „chłodny” latem i „ciepły ” zimą ściany promieniują przyjemnym ciepłem”(źródło: http://www.naturalnydom.com/koszty.htm). Taki dom będzie starzał się razem z nami, i razem z nami, wykona ukłon w stronę pierwotnej materii, całkowicie rozłoży się na czynniki pierwsze. Ślad ekologiczny się zmniejsza!

[5] Cz. Miłosz: Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku. Warszawa 1987.